Dekonstrukcja burgera   W NUMERZE  WINO

Autor: EDUARDO BRETHAUER. Jest Chilijczykiem/Włochem I jednym z najbardziej rozpoznawalnych I oryginalnych piór w świecie wina. Dziennikarz, autor licznych publikacji, w tym „Vinos con Cuento”, juror konkursów winiarskich na pięciu kontynentach oraz entuzjastyczny szef kuchni amator. Mieszka w Polsce.

Jak krążek mielonego mięsa podbił świat, rzucił wyzwanie pizzy, uwiódł haute cuisine i zmusił sommelierów, by zaczęli traktować go poważnie.

Niewiele receptur przeszło tak nieprawdopodobną drogę jak burger. Narodził się jako praktyczne rozwiązanie pozwalające nakarmić pracowników, stał się symbolem gastronomicznej globalizacji, a dziś jest bohaterem konkursów, rankingów, festiwali i niemal teologicznych debat o zawartości tłuszczu, sezonowaniu, mieleniu mięsa i niezliczonej liczbie innych aspektów.

Gdyby odbywały się piłkarskie mistrzostwa świata gastronomii, bukmacherzy nie mieliby wątpliwości: burger wyszedłby z nich zwycięsko (prawdopodobnie po rzutach karnych).

Podczas gdy pizza ma Neapol, wieki historii i wsparcie UNESCO, sushi może pochwalić się techniczną precyzją, japońskim minimalizmem i wyrafinowaniem, które onieśmiela niejednego gościa, burger przychodzi bez pretensji i wybiera znacznie prostszą strategię: podbić świat. Cały świat.

Być może właśnie dlatego odniósł sukces.

Według różnych międzynarodowych badań konsumenckich Stany Zjednoczone były i nadal są największym burgerowym rynkiem świata. Trudno to sobie wyobrazić, ale szacuje się, że Amerykanie zjadają około 50 miliardów burgerów rocznie (co daje, jak sądzę, około 150 sztuk na mieszkańca). Żaden inny gastronomiczny symbol – ani pizza, ani sushi – nie jest tak powszechnie obecny w codziennym życiu.

Popularność burgera przekroczyła granice kontynentów i państw. Australia, Kanada, Wielka Brytania, Niemcy, Brazylia czy Korea Południowa wykształciły własne kultury burgerowe. Nawet w krajach o niezwykle silnej tożsamości kulinarnej, takich jak Japonia czy Francja, zjawisko nie przestaje rosnąć.

Polska z kolei należy do rynków, na których burger rozwinął się szczególnie dynamicznie w ciągu ostatnich piętnastu lat, głównie za sprawą otwierania rzemieślniczych burgerowni w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu.

Przewaga burgera nad pizzą i sushi ma charakter strategiczny: burger dopuszcza nieskończoną liczbę reinterpretacji, nie tracąc przy tym swojej tożsamości.

Pizza zbyt mocno przerobiona przestaje być pizzą (lepiej nawet nie zaczynajmy tematu ananasa).

Nadmiernie kreatywne sushi ryzykuje przemianę w coś zupełnie innego. W osobliwość. A może nawet potworka.

Burger natomiast posiada elastyczność koncepcyjną, która wydaje się nie mieć granic.

Tajemnica wynalazcy

Jak w przypadku wielu gastronomicznych legend, nikt nie wie dokładnie, kto wynalazł burgera (to nie ja, gdyby ktoś pytał).

Najbardziej rozpowszechniona teoria prowadzi do niemieckich imigrantów z Hamburga, którzy przywieźli do Stanów Zjednoczonych zwyczaj spożywania mielonej i przyprawionej wołowiny.

Ale skoro ludzkość od stuleci przygotowuje mielone mięso, to co właściwie sprawia, że burger jest burgerem?

Bo z pewnością nie samo wynalezienie mielonego mięsa. Ta technologia jest znacznie starsza.

Rzymianie już w starożytności przygotowywali przyprawione mieszanki mielonego mięsa. Na Bliskim Wschodzie od wieków istnieją kebab, kofta i wiele podobnych potraw. Europa wykształciła klopsiki, kotlety mielone oraz liczne regionalne wariacje. Nawet słynny niemiecki Hamburg steak wyraźnie poprzedza współczesnego burgera.

To, co odróżnia burgera, jest bardzo specyficzną kombinacją elementów. To porcja mielonego mięsa podawana w całości, a nie w formie rozdrobnionej jak klopsiki. Nie zawiera też obowiązkowo składników wiążących, takich jak jajko, mąka czy bułka tarta.

Mięso jest tutaj absolutnym bohaterem.

Jednak burger definiuje nie tylko jego mięsna tożsamość, lecz także decyzja, by umieścić je pomiędzy dwoma kawałkami pieczywa i stworzyć posiłek przenośny.

Burger jest rozwiązaniem miejskim i przemysłowym. Można go pochłonąć w biegu (a nawet w truchcie) i nie wymaga ani widelca, ani noża, ani talerza, ani jakiejkolwiek ceremonii.

W przeciwieństwie do klopsików, kofty, kotletów czy krokietów, burger zamienił pradawną potrawę w mobilne, indywidualne danie skoncentrowane na czystym smaku mięsa.

Jego prawdziwa innowacja nie była kulinarna, lecz kulturowa: przekształcił danie w system zdolny dostosować się do każdej kuchni świata, nie tracąc własnej tożsamości.

Paradoks mięsa

Niektórzy sądzą, że najdroższe kawałki mięsa pozwalają przygotować najlepsze burgery.

Nie, to nieprawda.

Wybitny stek bardzo często przekłada się na przeciętnego burgera.

Owszem, zapewnia kruchość, ale brakuje mu odpowiedniej ilości tłuszczu śródmięśniowego, który odpowiada za głębię aromatu, jakiej oczekujemy od burgera.

Specjaliści są zgodni: idealny burger nie powstaje z jednego szlachetnego kawałka mięsa, lecz z inteligentnie skomponowanej mieszanki.

Większość najlepszych burgerowni pracuje na mięsie zawierającym:

• około 20% tłuszczu – dla bardziej eleganckiego i mięsnego profilu,

• około 25% tłuszczu – dla klasycznej równowagi,

• około 30% tłuszczu – dla maksymalnej soczystości i intensywności.

Poniżej 15% pojawia się wyraźne ryzyko przesuszenia.

Powyżej 35% tłuszcz zaczyna dominować nad całością.

Jeżeli chodzi o same elementy tuszy, również nie istnieją dogmaty. Jednak w Stanach Zjednoczonych klasyką stało się połączenie trzech części.

Chuck (przednia część karku) odpowiada za głęboki smak, równowagę i odpowiednią ilość tłuszczu.

Brisket (mostek) wnosi intensywnie mięsny charakter oraz mineralne nuty.

Short rib (żebro) dodaje tłuszczu, kolagenu i długiego aromatycznego finiszu.

W Polsce burgerownie rzemieślnicze najczęściej pracują na mieszankach antrykotu, rostbefu, łaty, mostka i pręgi.

Szczególnym uznaniem cieszy się połączenie antrykotu i mostka, które pozwala osiągnąć równowagę pomiędzy tłuszczem śródmięśniowym a głębią smaku.

Rasa bydła również ma znaczenie, choć nie tak duże, jak mogłoby się wydawać.

Choć Wagyu uchodzi dziś za najbardziej cenioną wołowinę świata dzięki niezwykle precyzyjnemu marmurkowaniu i niemal kremowej teksturze, wielu specjalistów nie uważa jej za idealny wybór do stworzenia perfekcyjnego burgera.

Ich zdaniem tłuszczu bywa po prostu za dużo.

Dlatego często wykorzystuje się krzyżówki ras lub niewielki udział Wagyu w mieszankach z innymi rasami, takimi jak Black Angus – prawdopodobnie ulubiona rasa burgerowych purystów dzięki równowadze pomiędzy elegancją a intensywnością.

Popularnością cieszą się również Hereford, a w ostatnich latach także Simmental oraz wielka hiszpańska gwiazda – Rubia Gallega.

Sezonowanie mięsa odgrywa natomiast bardzo istotną rolę, szczególnie w burgerowniach określających się jako gourmet lub fine dining.

Już 30 dni sezonowania zwiększa koncentrację smaku i wprowadza nuty orzechów oraz masła.

Powyżej 90 dni zaczyna się jednak terytorium gastronomicznego luksusu.

Pojawiają się aromaty przypominające dojrzewające sery, orzechy, grzyby, a nawet trufle.

Mimo to wielu szefów kuchni uważa, że optymalnym punktem równowagi pozostaje okres od 45 do 60 dni – wystarczająco długi, by zbudować złożoność, ale nadal na tyle uniwersalny, by produkt pozostał atrakcyjny dla szerokiego grona gości.

Rewolucja smash burgera

Mielenie i późniejsze obchodzenie się z mięsem to aspekty, które zaskakująco często są lekceważone.

Wyjątkowy kawałek wołowiny można bez problemu zniszczyć już na etapie mielenia.

Najlepsze rezultaty osiąga się przy grubym mieleniu bardzo dobrze schłodzonego mięsa i minimalnym stopniu ugniatania. Im bardziej mięso jest obrabiane, tym bardziej jego struktura zaczyna przypominać kiełbasę.

Idealny burger powinien zachować możliwie naturalną teksturę.

A teraz, kiedy mamy już mięso gotowe na grill, trafiamy na największą schizmę burgerowego świata.

Po jednej stronie stoją wyznawcy smash burgera – ludzie głęboko przekonani, że skarmelizowana powierzchnia stanowi najwyższą formę burgerowej doskonałości.

Po drugiej znajdują się obrońcy klasycznego, grubego burgera, dla których mielona wołowina powinna nadal smakować przede wszystkim mięsem, a nie wyłącznie reakcją Maillarda. Rozgniatając kulkę mięsa na ekstremalnie rozgrzanej płycie, maksymalizujemy powierzchnię kontaktu i reakcję odpowiedzialną za wiele aromatów oraz smaków kojarzonych z pieczonym mięsem – nuty orzechowe, karmelowe i umami.

Zwolennicy tej techniki twierdzą, że gruby burger po prostu nie jest w stanie wygenerować tak dużej ilości skarmelizowanej powierzchni w stosunku do swojej objętości.

Wielu kucharzy postrzega smash burgera jako reakcję na epokę gigantycznych burgerów z początku XXI wieku.

Burgerów ważących 300 gramów.

Z foie gras.

Z truflą.

Z konfitowaną cebulą.

Z pięcioma rodzajami sera.

I o wysokości całkowicie niezgodnej z ludzką anatomią.

Smash burger przywraca prostotę.

Mięso.

Ser.

Ogórek.

Cebula.

I niewiele więcej.

Jest bardziej demokratyczny.

Być może.

Prawdopodobnie.

Niektórzy specjaliści wskazują także na jego przewagę ekonomiczną.

Technika pozwala osiągnąć bardzo intensywny smak przy wykorzystaniu mniejszej ilości mięsa, co częściowo tłumaczy ogromny rozwój tego segmentu w okresach inflacji oraz wzrostu cen wołowiny.

Dla przeciwników smash burgera sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej.

Ich zdaniem smash burger celebruje przede wszystkim chrupiącą skórkę, a nie samo mięso.

Argumentują, że klasyczny gruby burger pozwala dostrzec różnice pomiędzy rasami bydła, metodami sezonowania i poszczególnymi mieszankami mięsa, podczas gdy smash burger ma tendencję do ujednolicania profili smakowych pod warstwą intensywnej karmelizacji.

Największe zagrożenie – przynajmniej moim zdaniem, jako autora tej dekonstrukcji – pojawia się wtedy, gdy moda zaczyna zamieniać się w dogmat.

A właśnie to, mam wrażenie, zaczyna się dziś dziać.

Wyobraźmy sobie kucharza, który inwestuje w mięso pochodzące od starej krowy Angus, Rubia Gallega albo w wołowinę sezonowaną przez 60 dni.

Prawdopodobnie chciałby, aby gość dostrzegł te różnice.

Krytycy smash burgera twierdzą, że intensywna karmelizacja może część tych niuansów ukrywać, podobnie jak nadmierne użycie beczki potrafi zamaskować pochodzenie wina.

Burger jest gastronomicznym paradoksem.

Narodził się jako fast food, a ostatecznie stał się przedmiotem technicznych analiz – często niemal bizantyjskich – aspirującym do świata gastronomii premium.

Dziś z taką samą powagą, jaka jeszcze niedawno była zarezerwowana dla haute cuisine, dyskutuje się o zawartości tłuszczu, sezonowaniu, genetyce bydła, mieleniu mięsa czy food pairingu.

Być może właśnie dlatego burger nadal wygrywa.

Ponieważ podczas gdy współczesna gastronomia nieustannie próbuje wymyślać się na nowo, burger przypomina jedną niewygodną prawdę: czasem prawdziwa finezja polega po prostu na perfekcyjnym wykonaniu czegoś, co z pozoru wydaje się bardzo proste.


10 BURGERÓW I 20 PAIRINGÓW

1. Klasyczny amerykański cheeseburger

Wino: Cabernet Sauvignon z Doliny Maipo, Chile Delikatne, ale zdecydowane taniny dobrze współgrają z tłuszczem wołowym, a ciemne owoce podtrzymują intensywność cheddara.

Piwo: American IPA Chmielowa goryczka oczyszcza podniebienie, a cytrusowe nuty wnoszą świeżość.

2. Smash burger z podwójnym serem

Wino: Malbec z Mendozy, Argentyna Dojrzały owoc i zaokrąglone taniny doskonale towarzyszą skarmelizowanym aromatom reakcji Maillarda.

Piwo: Amber Ale Słodowy profil wzmacnia pieczone i karmelizowane nuty powstające na płycie grillowej.

3. Burger z wędzonym boczkiem

Wino: Syrah z Doliny Rodanu, Francja Nuty czarnego pieprzu i dymu splatają się z aromatem boczku, tworząc wyjątkowo harmonijne połączenie.

Piwo: Rauchbier z Bambergu Wędzony charakter piwa znajduje tu naturalnego sojusznika. Trwałego. Niezawodnego. Bez ryzyka (zobaczymy).

4. Burger z serem pleśniowym

Wino: Porto Tawny, Portugalia Połączenie słoności, tłuszczu i słodyczy Tawny to klasyka, której trudno się oprzeć. (Oh, my God.)

Piwo: Belgian Dubbel Nuty suszonych owoców i karmelu łagodzą oraz uwodzą intensywnością sera.

5. Burger z foie gras

Wino: Pinot Noir z Burgundii, Francja Elegancja, kwasowość i subtelność pozwalają towarzyszyć daniu bez dominowania nad nim. Pinot powinien mieć złożoność i lekką słodycz dobrych roczników po okresie dojrzewania.

Inny produkt: polskie Late Harvest z odmiany Solaris Słodycz równoważy tłustą strukturę foie gras. Kapitalnie!

6. Burger z truflą

Wino: Nebbiolo z Barolo, Włochy Legendarne aromaty trzeciorzędowe tego wina prowadzą dialog z ziemistym charakterem trufli.

Piwo: Belgian Strong Golden Ale Duża złożoność aromatyczna bez nadmiernej ciężkości. Równowaga, równowaga, równowaga.

7. Burger z kimchi

Wino: Riesling Kabinett, Niemcy A jakże. Kwasowość i cukier resztkowy pomagają okiełznać pikantność i fermentacyjne nuty kimchi.

Piwo: belgijskie Saison Świeżość, przyprawowość i wysoka karbonizacja. Belgowie wiedzą, co robią.

8. Polski burger z oscypkiem, karmelizowaną cebulą i ogórkami kiszonymi

Wino: wytrawny Furmint z Tokaju, Węgry Wysoka kwasowość, mineralność i napięcie tego wina świetnie współpracują z produktami fermentowanymi i wędzonymi.

Piwo: polski Baltic Porter Nuty tostowego pieczywa, kakao, orzechów i karmelu znakomicie odnajdują się obok karmelizowanej cebuli i wędzonego sera. Ryzykowne. Ale obiecuję – warto.

9. Burger z jalapeño

Wino: Gewürztraminer z Alzacji, Francja Kwiatowe i korzenne związki aromatyczne, a przede wszystkim delikatna słodycz, pomagają ujarzmić meksykańską ostrość.

Piwo: bawarskie Hefeweizen Owocowy profil odświeża i łagodzi działanie kapsaicyny. Zwłaszcza po kilku kuflach.

10. Burger premium z mięsa sezonowanego

Wino: Rioja Reserva na bazie Tempranillo, Hiszpania Dojrzały charakter aromatyczny szczepu doskonale współgra z umamiczną głębią sezonowanego mięsa. Podążają tą samą drogą.

Piwo: Imperial Stout Prażona intensywność i kremowa tekstura piwa prowadzą ciekawy dialog ze smakami mięsa.

Ufff... Co za koncentracja. Prawdziwa bomba.