Gastronomia znalazła się w miejscu, w którym kolejne techniki, nowe formaty i następny trend przestają być odpowiedzią. Po latach przyspieszenia, estetycznego nadmiaru i ciągłego porównywania się z innymi, coraz częściej pojawia się pytanie nie o to, co jeszcze można dodać, ale co warto zostawić. To moment ciszy między decyzjami, niewygodny, ale potrzebny. I być może pierwszy od dawna naprawdę szczery.
Przez długi czas gastronomia była w ruchu. Szybkim, intensywnym, często spektakularnym. Uczyliśmy się nowych technik, chłonęliśmy inspiracje z całego świata, dopracowywaliśmy formę, budowaliśmy narracje. Talerz miał opowiadać historię, menu miało zaskakiwać, a restauracja być sceną. To wszystko miało sens. Przez chwilę.
Dziś jednak coraz częściej słychać zmęczenie. Nie głośne, nie manifestacyjne, raczej wypowiadane półgłosem, w kuchniach po serwisie, w rozmowach między właścicielami, w skracanych kartach. Zmęczenie nadmiarem bodźców, techniką dla techniki, formą, która zaczęła przysłaniać treść. Coraz trudniej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jeszcze coś budujemy, czy już tylko dokładamy kolejną warstwę.
– Tak, obserwuję zmęczenie nadmiarem form, technik i narracji w gastronomii. To zjawisko jest jednak zdrowym sygnałem dojrzewania branży – konsumenci i twórcy zwracają się ku prostszej, bardziej autentycznej kuchni, która stawia na jakość składników i doświadczenie gościa, a nie tylko efekciarskie techniki. Obecnie widać wyraźne przesunięcie w stronę konceptów bistro, wine barów czy niewielkich projektów kulinarnych, które łączą prostotę z wyjątkowym smakiem i osobistą historią – spostrzega Robert Sowa, szef i właściciel warszawskiej restauracji N31.
W odpowiedzi na ten stan wiele restauracji zaczyna upraszczać. Menu staje się krótsze, skład prostszy, a talerz mniej demonstracyjny. Znikają geometryczne konstrukcje i piany, które miały zachwycać, a często tylko onieśmielały. Wraca jedzenie, które chce być zjedzone, nie sfotografowane. Wraca produkt, sezonowość, smak. Wraca gość, nie jako widz, ale jako uczestnik.
– Myślę, że w obecnym momencie szukamy bardziej czytelnych form oraz wysokiej jakości. Być może jest to oznaka dojrzewającego rynku. Konsumenci mają coraz większą świadomość, więc szukają jakości w wykonaniu i produkcie, a nie sztuczek oraz elementów, które nic nie wnoszą na talerzu.
Jeżeli przyjrzymy się krajom bardziej rozwiniętym, to ten trend funkcjonuje już od wielu lat. Natomiast moje osobiste podejście jest niezmienne od samego początku – mniej znaczy więcej, a często mniej znaczy trudniej. Przy takim podejściu nie ma miejsca na zakrywanie błędów czy innych niedociągnięć – uzasadnia Adrian Bęben, szef restauracji Wandal.
To proces, który gastronomia już zna. Podobną drogę przeszło wino, gdy po latach koncentracji, punktów i potęgi zaczęło szukać regionalności, różnorodności i czystej przyjemności. Nie dlatego, że było to modne, ale dlatego, że wcześniejszy język przestał wystarczać do opisu rzeczywistości.
Ten tekst nie jest próbą przewidzenia przyszłości gastronomii ani zbiorem odpowiedzi na pytanie „co dalej”. To raczej zapis momentu przejściowego. Zatrzymania się między tym, co było, a tym, co dopiero się wyłania. Stawiamy pytania o wartości, o sens, o dojrzałość branży, która być może nie zmierza dziś naprzód – ale w głąb.
I to wcale nie musi być krok wstecz.
Zmęczenie nadmiarem
Przez lata gastronomia żyła w trybie intensywnym. Techniki się piętrzyły, formy mnożyły, degustacje wydłużały do granic koncentracji. Każde kolejne danie musiało coś udowodnić: wiedzę, ambicje, świadomość trendów. Talerz stawał się komunikatem, a kuchnia przestrzenią autoprezentacji. Było w tym coś pociągającego, ale i coś wyczerpującego.
Dziś coraz częściej słychać, że tej intensywności jest po prostu za dużo. Że smak ginie w narracji, a jedzenie w opowieści o nim. Że nie wszystko musi być dekonstrukcją, reinterpretacją albo konceptem. Zmęczenie nie bierze się z braku kreatywności, lecz z jej nadprodukcji. Z konieczności ciągłego zaskakiwania gościa, branży, siebie samego.
– Widać wyraźnie, że wiele restauracji wraca dziś do korzeni. Do starych przepisów, do kuchni domowej, do smaków, które znamy z dzieciństwa. Ten zwrot w stronę naturalności jest odpowiedzią na przesyt formą i nadmiarem kulinarnego spektaklu – wyjaśnia Tomasz Leśniak szef kuchni i ambasador Smakovita HORECA. I dodaje – Restauracje fine diningowe, oparte na narracji i spektaklu, nadal istnieją i będą istnieć. To wybór świadomy – goście wiedzą, dokąd idą i czego chcą doświadczyć. Problem zaczyna się wtedy, gdy forma próbuje zastąpić treść.
Kuchnia „na pokaz” zaczyna tracić swoją siłę rażenia. Nie dlatego, że była błędem, ale dlatego, że przestała odpowiadać na aktualną potrzebę. W świecie pełnym bodźców, obrazów i komunikatów, kolejne wizualne fajerwerki nie robią już wrażenia. Raczej męczą. Coraz trudniej zachwycić formą, gdy wszyscy mówią tym samym językiem efektu.
– Pomimo rosnącej świadomości naszych gości, wciąż możemy zaobserwować dwie grupy. Dla jednych ważne jest doświadczenie i wszystkie emocje z tym związane, a to tworzy nie tylko jedzenie, ale także profesjonalny serwis, to, co w kieliszku, wystrój, światło i muzyka. Musimy zadbać o spójność w każdym aspekcie. Niestety, jest też drugi biegun, gdzie nadmierna teatralność i sztuczki zakrywające esencję. W moich projektach stawiam na szczerość oraz wrażliwość w detalu – zauważa Adrian Bęben.
W tym kontekście prostota przestaje być kompromisem. Staje się wyborem. Świadomym odejściem od krzyku na rzecz czytelności. Plating, który nie dominuje nad daniem, ale mu towarzyszy. Talerz, który nie domaga się objaśnień. Jedzenie, które nie musi być tłumaczone, bo broni się samo.
Pojawia się pytanie, które jeszcze kilka lat temu mogłoby zabrzmieć jak herezja: czy gotujemy po to, żeby imponować, czy po to, żeby karmić? – Na przestrzeni lat obserwuję i bardzo się cieszę z coraz większej wiedzy i świadomości gości. Ludzie coraz więcej podróżują, jedzą w fantastycznych miejscach, wiedzą co im smakuje, a co nie i chcą tak samo dobrze i prawdziwie, jeść po powrocie do domu. To mobilizuje nas do jeszcze większej pracy, daje nam paliwo, to bycia lepszymi i szczerym w tym co robimy każdego dnia – potwierdza Daniel Pawełek, restaurator, właściciel grupy Ferment Group.
I nie chodzi tu o cofanie się do prostych definicji ani o rezygnację z ambicji. Raczej o przesunięcie akcentów. O zrozumienie, że „więcej” nie zawsze znaczy „lepiej”, a intensywność nie zawsze równa się jakości.
Dla wielu kucharzy i restauratorów to moment ulgi. Cichego przyzwolenia na to, że nie trzeba już nikogo zaskakiwać za wszelką cenę. Że można robić mniej, ale czytelniej. Że smak nie musi być opakowany w spektakl, żeby został zapamiętany.
I być może właśnie w tej rezygnacji z fajerwerków kryje się nowa energia. Nie w dodawaniu kolejnych warstw, ale w zdejmowaniu tych, które przestały być potrzebne. – Chociaż to nie jest zagadnienie czarno białe co precyzyjnie wyjaśnia Marcin Przybysz, szef restauracji Epoka.
Nie ma jednej odpowiedzi na ten dylemat. Ja osobiście uwielbiam fine dining techniczny, narracyjny, teoretyczny, uważam, że to jest świetne. Wystarczy spojrzeć na Alchemist w Kopenhadze. Tam narracja jest kluczowa. Ale jest jeden haczyk, to musi być naprawdę mądrze i dobrze zrobione. Bo jeśli nie, to z narracji wychodzi kabaret – i dodaje – Niestety wiele osób ominęło proces. Chcieli być na szczycie od razu. A fine dining to najwyższa szkoła jazdy – tu nie ma drogi na skróty. Jeśli ktoś nie uszanuje prostej ryby, nie uszanuje jej też w skomplikowanej technice.Jedzenie jako moment, nie atrakcja
Przez długi czas gastronomia uczyła się jak być wydarzeniem. Kolacje miały scenariusz, dania punkt kulminacyjny, a wizyta w restauracji dramaturgię. „Experience dining” stało się obietnicą czegoś więcej niż jedzenia: przeżycia, historii, emocji zaprojektowanych od wejścia do rachunku. Dziś jednak coraz częściej pojawia się inne pragnienie. Mniej spektaklu, więcej obecności.
Śniadanie jest tu dobrym punktem odniesienia. Przez lata traktowane po macoszemu albo sprowadzane do funkcji użytkowej, wraca jako pełnoprawny moment dnia. Nie musi być rozbudowane ani instagramowe. Wystarczy, że daje poczucie początku: spokojnego, osadzonego, własnego. Coraz częściej to właśnie śniadanie staje się pierwszym rytuałem dnia poza domem: chwilą zatrzymania przed pośpiechem, a nie kolejnym zadaniem do odhaczenia.
Podobnie jest z rzeczami najprostszymi: herbatą, kawą, chlebem. One nie potrzebują nowej narracji, bo od wieków niosą ze sobą znaczenie. W wielu kulturach – zwłaszcza azjatyckich – rytuał picia herbaty nie jest dodatkiem do dnia, lecz jego formą. Nie chodzi o napój, ale o uważność, powtarzalność, gest. Zachód na chwilę o tym zapomniał, zajęty tworzeniem nowych konceptów. Dziś zaczyna sobie przypominać, że rytuał nie jest trendem, tylko potrzebą.
– Rytuał to także serwis – dodaje Marcin Przybysz – Kelner nie jest służącym. Jest opiekunem. Partnerem gościa. Ktoś, kto prowadzi za rękę przez to doświadczenie.
Ja wrócę do miejsca z przeciętnym jedzeniem i świetną obsługą, ale nie wrócę tam, gdzie jedzenie było znakomite, a obsługa fatalna.
Sharing też nie wziął się z mody. Dzielenie się jedzeniem to jeden z najbardziej pierwotnych sposobów budowania wspólnoty. Psychologia i socjologia mówią tu jednym głosem: wspólny stół obniża dystans, synchronizuje emocje, tworzy poczucie bezpieczeństwa. Gdy dania trafiają na środek stołu, rozmowa zmienia rytm. Jest mniej indywidualnego „ja”, więcej „my”. I być może właśnie tego dziś szukamy, nie kolejnego doświadczenia, ale bycia razem bez scenariusza.
W tym kontekście coraz częściej pojawia się pojęcie „mood food”. Jedzenie, które nie tyle pociesza, co odpowiada na stan emocjonalny. Nie zawsze syci, nie zawsze rozpieszcza, ale jest adekwatne. Czasem lekkie, czasem ciepłe, czasem po prostu znajome. To przesunięcie z komfortu w stronę uważności. Z pytania „na co mam ochotę?” w stronę „czego teraz potrzebuję?”.
– Dla mnie restauracja to historia, która zaczyna się w momencie przekroczenia progu. Goście wracają nie tylko dla smaku, ale dla ludzi, atmosfery i relacji. Szef kuchni i zespół są dziś integralną częścią doświadczenia – opowiada Tomasz Leśniak.
– Goście częściej szukają dziś doświadczenia emocjonalnego niż efektu „wow”. Coraz więcej gości przychodzi do restauracji szukać doświadczenia, emocji i pamięci smakowych, które wiążą się z kontekstem, historią jedzenia, z ludźmi i chwilą. Już nie tyle liczy się momentalne „wow” technologiczne, ile uczucie satysfakcji i osobistego połączenia z potrawą i miejscem, które restauracja tworzy. Chociaż mimo szczerości, ludzie oczekują teraz pełnego doświadczenia, które wychodzi poza talerz. Restauracja to dziś miejsce spotkań, relaksu, inspiracji i celebracji. Oczekują atmosfery, profesjonalnej obsługi, dobrze skomponowanej karty win i koktajli, a także menu, które rezonuje z ich wartościami – zdrowie, ekologia, lokalność, sezonowość – potwierdza Robert Sowa.
I tu wraca kluczowe pytanie: czy restauracja ma być wydarzeniem, czy miejscem? Wydarzenie wymaga energii, gotowości, uwagi. Miejsce oferuje schronienie. Możn
[...]Prenumerata RYNKU TURYSTYCZNEGO to:
- Pewność, że otrzymasz wszystkie wydania miesięcznika prosto na biurko
- Dostęp do pełnych zasobów portalu www.rynek-turystyczny.pl (w tym archiwum dostępne wyłącznie dla prenumeratorów)
- Rabat uzależniony od długości trwania prenumeraty
- Wszystkie dodatkowe raporty tylko dla prenumeratorów
- Telefonicznie w naszym Biurze Obsługi Klienta pod nr 22 333 88 20
- Korzystając z formularza zamówienia prenumeraty zamieszczonego na stronie www.sklep.pws-promedia.pl




